|
środa, 12 stycznia 2011
Krytyka zaangażowana a piczon.pl
Czytanie felietonów Krytyki Politycznej to przyjemność szczególnego typu, połączenie niedowierzania i podszytej poczuciem winy uciechy, co czyni ją bardziej uzależniającą niż, dajmy na to, czytanie blogów na Salonie 24. I nie mówię tu o felietonach Agnieszki Graff czy Strzępki/Demirskiego, które bywają dobre. Tak bez ironii dobre. Nie chodzi mi o twórczość Macieja Nowaka, który najwyraźniej uznał, że gorszenie strasznych mieszczan w Wyborczej to za mało, i postanowił rozszerzyć działalność na KP . Nie napiszę też o, nader publicystycznie płodnym, Jasiu Kapeli, bo, wstyd się przyznać, nie nadążam za prędkością, z jaką przelewa swoje myśli na klawiaturę. Nie, skupię się na publicystyce poświęconej sztuce. Sztuce przez duże S. Właściwie to Poświęconej też przez duże P. Niekwestionowaną gwiazdą Zaangażowanej Publicystyki o Sztuce jest Igor Stokfiszewski. Przyznaję, nie przeczytałam jego przełomowego dzieła pt. „Zwrot polityczny” , podobnie jak nie przeczytałam „Ulissesa” (poza pierwszymi 15 stronami) i „W poszukiwaniu straconego czasu” (dotarłam do opisu strumienia). Może nie byłam dość zdeterminowana, może rzeczywiście należy zamknąć drzwi i okna, wyłączyć Internet, przygotować talerz kanapek, słoik ogórków kiszonych i termos herbaty, i nie wychodzić z pokoju, dopóki nie dobrnie się do ostatniej strony. Może. W każdym razie twórczość Stokfiszewskiego póki co sobie dawkuję, a i tak mam wrażenie, że mi się synapsy przepalają. Weźmy tekst podsumowujący polską literaturę w 2010 roku . Tego się nie da opisać, to trzeba zacytować. „Wojciech Kuczok zabłysnął powieścią Spiski, kolejną odsłoną swej wiecznej Bildungsroman, gdzie dzieciństwo, męskie kontinuum i seksualność poszukują dróg do wyjaśnienia tajemnicy bycia, lub niebycia” „Jest ona fragmentaryczną historią „wolnej Polski” pisaną z perspektywy homoseksualnego podmiotu, a zarazem stanowi rozliczenie z kapitalizmem symbolicznym – obrazami przemocy, wojny, przestępczości, kolonizacji, z których utkana została (fałszywie) dumna (i jakże mało stabilna) tożsamość obywatela naszej struchlałej demokracji.” „Drobne szaleństwa dnia codziennego Kai Malanowskiej podejmują się zdania sprawy z nużących paroksyzmów żeńskiej dojrzałości w ustabilizowanym społeczeństwie, które pod polorem swobody i wolności jednostkowej skrywa normy kanalizujące próby niestandardowych samorealizacji. „ Doświadczamy istniejący ład jako wiadomą, którą należy jeszcze doszczętniej przeanalizować rzucając pod jej rozpędzone nogi kłody w postaci pojedynczych wypadków. Ten splot egzystencji i polityki, na który bez wątpienia wpływ ma również ogrom narracji biograficznych i coraz częstsze powoływanie się na gatunki sylwiczne (w pół drogi między literaturą i życiem) zdaje się sugerować, że w prozatorskiej batalii przeciw formatowi świata bitwa o szeroki – socjo-kulturowy – gest została zwyciężona, zaś egzystencjalny obraz już nie musi kojarzyć się z infantylną wiarą w buntowniczy potencjał indywidualizmu przeciw temu, co zbiorowe”. „Zbiór wierszy Romana Bromboszcza U-man i masa, który sprawia, że cyberpoezja – nurt liryki odwołujący się do filozofii posthumanistycznej – dotychczas traktowana jako wybryk na zachowawczym polu najnowszej poezji zyskuje dojrzały, niezwykle bogaty w postawy społeczne i filozoficzne materiał, mogący posłużyć za wzór dla profetycznej gry w przewidywanie kształtu liryki przyszłości, która oderwie się od swoich egzystencjalnych, metafizycznych i estetycznych przyzwyczajeń i postawi na penetrowanie kondycji podmiotów indywidualnych oraz zbiorowych z perspektywy nadchodzących zmian w technologii wyobrażeń na temat ciała, umysłu, jak również organizowania i zarządzania zbiorowościami.” (89 wyrazów! 604 znaki! W jednym tylko zdaniu!) „Druga pozycja to prozatorsko-liryczna, rewolucyjnie surrealna książka Andrzeja Szpindlera pt. Oko chce bardziej, niż chce tego wątroba!. Byłoby z mojej strony naiwnością, gdybym zaryzykował jednozdaniowy opis tego tomu. Powiem tylko tyle, że rozrywający na strzępy korę naszego mózgu skojarzeniowy strumień (nie)świadomości Szpindlerowej frazy pozwala żywić nadzieję, że literatura ma jeszcze spory zapas sił w walce przeciw opresji formatowania języka i zmysłów przez polityczny kapitalizm i kapitalistyczną politykę.” I tak dalej, i tak dalej. Jak można tak pisać??? No jak?? To połączenie ideowego zaangażowania, mentorskiego tonu, (nadużywanej) terminologii i totalnego braku ironii czy dystansu do siebie oraz przekazywanych treści skutkuje autoparodią na gigantyczną skalę. Wrażenia są podobne jak przeglądanie piczona.pl: to smutne, że tyle wysiłku zostało włożone w wyprodukowanie tak straszliwego rezultatu. Godnym następcą Stokfiszewskiego jest Oleksiy Radynski. W krótkim tekście Pt. „Anty-Tron” prezentuje nie tylko talent do efektownych otwarć („Hollywoodzkie produkcje dowodzą, że Deleuze i Guattari mieli rację – edypalizacja trwa”), ale przedstawia też syntetyczną teorię wyjaśniającą kapitalizm, psychoanalizę i „Gwiezdne Wojny”. Serio. Pal diabli kapitalizm i psychoanalizę, ale niecałe cztery tysiące znaków na „Gwiezdne Wojny” to już naprawdę przesada. Jak połączyć powyższe? Okazuje się, że można, i to nader syntetycznie. Cytując: „sytuacja edypalna (czyli pociąg seksualny do matki i chęć zabicia ojca, które rodzą poczucie winy) jest tym, co najsilniej zniewala jednostki w społeczeństwie kapitalistycznym. Według Deleuze’a i Guattariego psychoanaliza ma jedną zasadniczą wspólną cechę z ideologią burżuazyjnej rodziny: w obu wypadkach zakłada się, że jednostka nie może wyzbyć się namiętności edypalnych, co zamyka ją w błędnym kole „papa-mama-pipi” (cyt. za późnym Deleuze’em). Ten sposób reprodukcji porządku kapitalistycznego jest bardzo skuteczny, więc nie dziwi, że Hollywood eksploatuje mit o Edypie, wymyślając jego coraz bardziej egzotyczne wariacje.” Ponadto z tekstu dowiadujemy się, że „najwybitniejszą figurą ojcowską w historii kina pozostaje Darth Vader z Gwiezdnych wojen” (a co z profesorem Henrym Jonesem Seniorem?), że „GW” to „wzniosła kosmiczna epopeja”, a końcówka „Powrótu Jedi” to „jedna z największych manipulacji ideologicznych w dziejach Hollywood”. W sumie po namyśle to odwołuję zarzuty o niepoważne potraktowanie „Gwiezdnych Wojen” Wreszcie, według autora, „Wall Street” i „Wall Street 2” to „poważne kino”, a komputerowy klon Kevina Flynna z „Tronu” to synteza Vadera i Gekko, bo ma kask jak pierwszy i stanowisko jak drugi. Pozostaje jedynie żałować, że halogenowe kostiumy bohaterów „Tronu” nie przewidziały szelek, analogia byłaby jeszcze wyraźniejsza. Podsumowując: „papa-mama-pipi” (cyt. za późnym Deleuze’em).
piątek, 13 sierpnia 2010
Bardzo zbędni
Kinowy powrót lat 80-tych, do filmów, w których muskularni mężczyźni z wielką spluwą ratują świat i dziewczynę (w tej kolejności), krew leje się strumieniami, a całość wygląda jak mokry sen piromana, jest chyba nawet bardziej przerażający niż damskie kombinezony i marynarki z watowanymi ramionami. Nie mam nic przeciwko filmom, w których jest więcej wybuchów niż sensu – vide „Drużyna A”, bardzo poważnie odświeżony remake serialu z lat 80-tych zresztą, na którym obśmiałam się jak norka – ale najnowsze dzieło Sylvestra Rambo Rocky Stallone przez swoje śmiertelnie poważne podejście do tematu jest po prostu straszne.
sobota, 24 kwietnia 2010
"Agora" cd.
Did I miss something? Was I so blinded by expressive vision of Alexandria A.D. 415 that I failed to notice the obvious? Or perhaps some of those people were so soaked in their believes that they see everything in terms of their ideology? And speaking of - am I so free of that kind of thinking to judge them? „Transparence is the highest, most liberating value in art - and in criticism - today. Transparence means experiencing the luminousness of the thing in itself, of things being what they are”, wrote Susan Sontag. So let us at least try to look at „Agora” through transparent glasses. Yes, most of Christians in “Agora” are either fanatic and easily agitated mob, or politicians using them to grab power. But it is historical truth that they killed Hypatia, and killed her in far more cruel way than pictured in this movie. Yes, true Alexandrian Christians clearly didn’t speak English with Arab accent, but it’s probably because they didn’t speak English at all. Yes, they look much worse than members of pagan (at first, but most of them becomes Christians by the end of the movie) aristocracy, but Christianity was than the religion of slaves and other wretched of the earth , so it’s justifiable. Also that’s true that there is no sisterhood in Hypatia. But in ancient world, though more women-friendly than middle-ages Christianity, being a woman and a scholar was an exception, not a rule, so what she was to talk about with “sisters”? Baby teething? Yes, she got rid of her female side (by the way, what exactly is a “female side”? and wasn't this idea used throughout centuries to discriminate women?), meaning her sexuality and ability to breed, but in men’s world the only way for woman to stay in public sphere was to be childless. And till Gregory Pincus and the pill the only 100 percent successful way to do this was not to have sex at all. And as for Hypatia's, or rather Rachel Weisz's good looks – is this small cheat really so offending? Does it really change the way we perceive her? And who says that attractive woman has to be stupid? Finally the Marxian arguments. Well, people did have slaves in the fourth century, and they did consider it natural - slavery was a base of ancient economy. There were still 14 centuries to go till a serious abolition movement was born. As for this awful post colonialism – well, Alexandria was an African city, inhabited by locals, but also by Romans, and it was the Romans who had power. History is history, however unfair to certain ethnic, religious and gender groups, and Alejandro Amenábar’s movie is more faithful to it than most Hollywood blockbusters. And it’s interpretations, taken from perspective of progressive big city feminist or after-Vatican II catholic, are sometimes, let us not fear the word, absurd. But there is one allegation I find difficult to make fun of. “For two hours I hoped that this historic fresco would turn out just a little bit ironic, that it would at least once wink to the spectator, allowing him to have less black and white interpretation”, wrote Agata Czarnacka from “Krytyka Polityczna”. And I agree, “Agora” isn’t ironic. It’s serious. The past in it is revisited innocently and without any irony. The movie says, borrowing from another classic, "I love you madly” instead of: “As Barbara Cartland would put it, I love you madly." But by carefully avoiding any winks and laughs, it gains something: ability to move the viewer, of course if he or she is prone to such feelings. It can provide catharsis, that “pap for the bourgeois theatre audience”, as Bertolt Brecht put it, even if it is a small and timid one. I admit I was touched by the final scene, touched in the way as “The life of Brian”, although probably a better move, would never do. So: yes, I am bourgeois viewer, liable to cheap, sentimental, popcorn emotions. And - thank you, Barth, Eco and Sontag - so what? "Agora" (no, not about "GW")
“Agora” by Alejandro Amenábar is not one of those small, independent movies with witty dialogues and poor art direction. No, more or less like Arturo Perez Reverte’s or Stieg Larsson’s novels: pop culture, sure, but with ambitions. Decent enough to mention among more blasé friends. Without overdone enthusiasm, of course. I (in my, as it turned out later, simplemindedness) quite enjoyed it. “Agora” is about Hypatia, a philosopher, astronomer, mathematician and teacher, who lived in 4th century Alexandria, just at the end of the pagan era and triumph of the Christianity. Rachel Weisz as Hypatia is as passionate, idealistic and vulnerable as one can expect, ancient Alexandria almost lives on screen, and inevitable narrative schemes aren’t too aggressive. Also, as a feminist, atheist and generally leftist I liked the idea that a women in ancient world could be a respected scholar and can make her own decisions, including refusing to be christened if it collided with her moral and intellectual views. How naïve I was. When I was told to write a piece about “Agora”, I welcomed the task. It was a nice change, I thought, to write something so far from current politics. The text was supposed to be about controversies the movie caused among different groups. So I found them - more than I expected, to be honest - and on my way discovered plenty of not so evident (if not far-fetched) interpretations. Catholic magazine “Idziemy” calls “Agora” “anti-Christian propaganda with hints to modern times” which “crackles with hate to Christianity”. Religious critics don’t like the way in which early Christians are presented in the movie: as an angry mob, they say, a bunch of intolerant fanatics who don’t do much apart from mercilessly murdering Jews, pagans and Hypatia herself. Moreover, they point out, Christians look like Muslim terrorists or would-be terrorists, dressed in rags, with dark complexions, bad teeth and eastern accents; whereas pagans are clean, wearing expensive clothes and speak as if they have never left All Souls College. That’s an unfair picture, they say, full of secular prejudices, and by no means it gives justice to people living in those turbulent and uneasy times. Feminists don’t like the movie either. Amenabar’s Hypatia has a male mind in woman’s body, and completely turns down her female side, they say. She is a virgin, she denies her sexuality, doesn’t want to have a real home or family – she even shows a male-like contempt towards female physiology. Moreover, all her students are men and she has no interest in teaching women. Also, Hypatia is (against historical truth) young, beautiful and desired by men around her, so she is an object, not a subject of relations, and this is sooooo stereotypical. To sum up, “Agora” is a typical liberal male fantasy about beautiful, but hollow woman caught in men’s world of power and violence. And it all is dressed up as a biography of “feminist saint”. Which is outrageous, of course. Socialists’ interpretation was also devastating. Hypatia, you see, has slaves and considers it natural. She looks up, to the starlit sky, and fails to notice the misery of those below her. She defends her integrity, her right to question all so-called eternal truths, but she doesn’t fight for equality. Whole movie is about superstructure, as if carefree (in terms of material problems) existence of Hypatia didn’t have any economic base. And it has a nasty, post colonial contempt for people with darker skin and middle-eastern looks, And so on.
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Konsytucyjne obowiązki urzędników w Massachusetts
Konstytucja stanu Massachusetts została napisana przez Johna Adamsa jesienią 1779. Według biografa Adamsa, to najstarsza obowiązująca konstytucja na świecie. Widać z niej, że autor miał wysokie zdanie o własnych zdolnościach literackich i najpewniej lubił słuchać własnych słów, bo konstytucja jest dłuuuga i szczegółowa. Takie czasy, Federalistów też nie da się czytać. ALe ciekawy jest rozdział piąty, który nakłada na władze ustawodawcze i urzędników obowiązek "pielęgnowania zainteresowania literaturą i naukami" oraz "popierania i wpajania zasad człowieczeństwa i ogólnej życzliwości, publicznej i prywatnej dobroczynności, pracowitości i umiarkowania, uczciwości i punktualności w interesach, szczerości, dobrego humoru i wszelkich społecznych sympatii, i szczodrych uczuć między ludźmi". Tłumaczenie moje, więc kulawe. Bostońscy kongresmeni od ponad 200 lat mają konstytucyjny bowiązek popierania dobrego humoru. To urocze. Szkoda, że następni konstytucjonaliści jakoś nie poszli tym tropem i mnożyli instytucje i suche prawnicze formułki, zamiast tworzenia przepisów bliższych ludziom. No i może ten właśnie zapis wyjaśnia sukces Scotta Browna w ostatnich wyborach do Senatu. Poniższe zdjęcie z pewnością bowiem wprawiło w dobry humor przynajmniej część populacji Massachusetts :-)
A to rzeczony fragment Chapter V, Section II. Wisdom, and knowledge, as well as virtue, diffused generally among the body of the people, being necessary for the preservation of their rights and liberties; and as these depend on spreading the opportunities and advantages of education in the various parts of the country, and among the different orders of the people, it shall be the duty of legislatures and magistrates, in all future periods of this commonwealth, to cherish the interests of literature and the sciences, and all seminaries of them; especially the university at Cambridge, public schools and grammar schools in the towns; to encourage private societies and public institutions, rewards and immunities, for the promotion of agriculture, arts, sciences, commerce, trades, manufactures, and a natural history of the country; to countenance and inculcate the principles of humanity and general benevolence, public and private charity, industry and frugality, honesty and punctuality in their dealings; sincerity, good humor, and all social affections, and generous sentiments among the people.
piątek, 26 marca 2010
Te sssstraszne sssssyndromy
Ani chybi ocaleniec aborcyjny
Syndrom. Samo to słowo, bez przymiotników, brzmi jakoś tak obco i poważnie. Według słownika PWN „pochodzi od greckiego sýndromos, ‘zbieżny’; w med. zespół objawów dotyczących różnych narządów i układów organizmu, charakterystyczny dla obrazu klinicznego choroby”. W polskiej medycynie nie przyjął się jednak angielski „syndrome”, zadomowił się za to„zespół” - Downa, Tourette'a, Aspergera czy Turnera. Syndrom to mamy sztokholmski. Jednak ostatnie lata wzbogaciły nasz piękny język o kilka nowych, nieznanych nauce syndromów. Najpopularniejszy jest postaborcyjny. Na stronach ruchów oraz sympatyków idei świętości życia zaczynającej się w momencie, gdy najsprytniejszy plemnik przedrze się przez osłonkę komórki jajowej, o syndromie aborcyjnym znajdziemy istne elaboraty. Przerażony czytelnik się z nich dowiaduje, że przerwanie ciąży skutki ma arcypoważne skutki, i to zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Zacytujmy fragment artykułu Luizy Łuniewskiej dla św. pamięci tygodnika „Ozon”, pt „Życie po aborcji”. „ – Prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa przez kobietę, która dokonała aborcji, jest sześć razy większe niż przez tę, która urodziła. Lęk, koszmary senne, depresja. Skłonność do nadużywania alkoholu, środków psychotropowych i przeciwbólowych. Oziębłość seksualna lub odwrotnie: nadmierna aktywność z przypadkowymi partnerami – wylicza Andrzej Winkler. – Objawy są zróżnicowane, o różnym nasileniu. Często niekojarzone z aborcją. Ale z badań wynika (zależnie od ośrodka, który je prowadził), że dotykają one 37–92 proc. kobiet – dodaje.” Niezły rozrzut, prawda? Ale w najgorszym wypadku kobieta ma 9 na 10 szans, że przed popełnieniem samobójstwa zostanie lekomanką, narkomanką i alkoholiczką, do tego oziębłą seksualnie nimfomanką. Brr. Ale to nie wszystko. Portal szansaspotkania.net dokłada swoje do listy. „Wysoko korelują ze sobą przemoc i wykorzystywanie oraz aborcja”, a także „aborcja upośledza zdolność rodziców do uformowania ochraniającej więzi z ich potomstwem; zmienia reakcje rodziców na bezradny płacz dziecka: zamiast wsparcia i opieki pojawiają się agresja lub zobojętnienie; zmienia liczbę zachowań związanych z dotykaniem dziecka i karmieniem piersią; (JAK? Dopisek mój); osłabia wsparcie, którego ojciec udziela matce”. Jedziemy dalej. „Głęboki proces dehumanizacji”, „syndrom Kaina”, „złudzenia i halucynacje”, „słyszenie głosu dziecka”, otępienie, bezsenność, anoreksja i bulimia. Uff. Strach się bać. Jest jeszcze tzw. syndrom ocaleńca aborcyjnego. Myślałam, że to jednorazowy wyskok Hanny Wujkowskiej, ale nie, problem jest głębszy. Zacytuję obszernie ze strony Fundacji Kobiety dla Kobiet, bo warto: „Ocaleniec od aborcji jest przypadkiem wyjątkowym. Znamię to noszą dzieci kobiet, które w swoim życiu doświadczyły aborcji, których rodzice „tylko” rozważali możliwość usunięcia potomstwa lub skorzystaliby z aborcji, gdyby tylko mogli lub tych, którzy zwlekali z podjęciem ostatecznej decyzji aż do momentu, gdy było już za późno. Syndrom ocaleńca wykształca się także u dzieci, które ocalały mimo rzeczywistej próby zgładzenia ich lub których bliźniacze rodzeństwo zostało zgładzone, a one same przeżyły w wyniku aborcji selektywnej. Dotyka ona także dzieci, które od swoich rodziców często słyszały przykre słowa: „ Ty niewdzięczny bachorze! Dla Ciebie wypruwam sobie żyły, a Ciebie nie obchodzi nic! Lepiej żebyś się w ogóle nie urodził!” oraz te, które rodząc się nie spełniły oczekiwań rodziców, nie są wymarzonym chłopcem lub dziewczynką, są niepełnosprawne albo upośledzone. Takie dzieci bardzo często zastanawiają się, czy gdyby ich rodzice mogli jeszcze raz zdecydować, dokonaliby aborcji. Ocaleńcami są także noworodki, które jeszcze krótko żyły po dokonaniu aborcji cesarskim cięciem, a potem zostały pozostawione na stole same sobie… (por. na podstawie: „Głęboko Zranieni” Ney, Peeters) Nieważne, którego rodzaju ocaleńcem się jest. Każdy przeżywa egzystencjalny niepokój, ma poczucie bezwartościowości, uczucie zagrażającej zagłady, wrażenie, że to ktoś inny powinien być na jego miejscu” Te noworodki, co to krótko żyły po aborcji cesarskim cięciem, też w tym czasie przeżywają egzystencjalny niepokój? To się nazywa mieć w życiu przerąbane... Ale jedziemy dalej, skutki też są ciekawe. Otóż taki ocaleniec „jest dręczony przekonaniem, że jego życiem rządzi przypadek”, „charakteryzuje go uboga mimika” i „nieumiejętność nawiązywania relacji międzyludzkich” oraz „cynizm, ironia i udawane poczucie humoru”. Nie wie, co mu jest, więc ucieczki szuka w narkotykach i alkoholu. Kobieta dodaje do tego anoreksję i bulimię, a mężczyzna, jakżeby inaczej, „podświadomie próbuje uciec od niesienia zagrożenia i zadawania bólu kobiecie, dążąc do ubezpłodnienia, co często objawia się pod postacią homoseksualizmu” (!). W sumie, wypisz-wymaluj, kondycja ponowoczesna. No, może poza tą ubogą mimiką. I homoseksualizmem. Wreszcie najnowszy syndrom, który – nomen omen – narodził się podczas dyskusji o regulacji zapłodnienia pozaustorojowego: syndrom in vitro. Polaków poinformował o nim niezawodny Episkopat. „Techniki in vitro stają się źródłem specyficznego syndromu: po krótkim okresie satysfakcji z posiadania długo oczekiwanego dziecka przychodzi refleksja i świadomość, że jego życie okupione jest śmiercią wielu innych. (...) Nie wolno też zapominać, że syndrom in vitro dotyka mocno samo dziecko, które będzie wymagać szczególnego wsparcia psychicznego, gdy kiedyś dowie się, że kosztem jego urodzenia była śmierć rodzeństwa w stadium embrionalnym”. Nie słyszałam, żeby jakakolwiek matka dziecka z probówki dzieliła się podobnymi wrażeniami. Wręcz przeciwnie – wyrażały radość i wdzięczność, że po latach starań i bezskutecznych prób mogą przytulić własne dziecko. Któremu zwykle zresztą mówią, że choć urodziło się inaczej niż koledzy, to kochane jest tak samo, a może nawet bardziej. No ale może biskupi słyszeli coś innego. Pewnikiem „głosy nienarodzonych”.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
|